Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2014

Rzeczy, które robiłam i z których jestem dumna i które nie były rutynowym działaniem

Edytuj post Brak komentarzy
Moje ferie skończyły się dokładnie wczoraj, a ja stwierdziłam, że było kilkadziesiąt rzeczy w ferie, które robiłam po raz pierwszy albo wyjątkowo, ale z nich wszystkich jestem dumna. Jestem też dziwnie szczęśliwa i moje palce biegają po klawiaturze niczym mrówki budujące kopisko, a nawet szybciej. 

Zawsze chciałam przeżyć jakiś czas inaczej niż zwykle i mieć coś, czym mogę się pochwalić nawet tylko sama przed sobą. Jednak przyjemniej jest chwalić się przed publicznością, więc moją tytułową listę umieszczam też tutaj. Mam dziwne przeczucie, że nie każdy będzie miał ochotę przebijać się przez ścianę tekstu, więc jeśli nie chcecie tego robić, proponuję przelecenie wzrokiem i wyłapanie kilku czynności, które was zainspirują. Nie będę się obrażać, jeśli ukradniecie coś z tej listy. 

To mój pierwszy prawdziwie prywatny post i myślę, że mówi więcej o mnie niż jakikolwiek inny test. Powiem Wam, że robienie go było niesamowicie przyjemne i Was też zachęcam do wykonania własnych takich list - zachęcam do pochwalenia się w komentarzu, jeśli niedawno też zrobiliście coś ciekawego i coś, z czego jesteście dumni i pełni podziwu dla samych siebie. 

Założyłam grzywkę, która, nawet sztuczna, jest czadowa i zaplanowałam ścięcie własnej, pofarbowałam kosmyk włosów na fioletowo i na chwilę, nosiłam spódnicę i czułam się w niej normalnie i wygodnie - jestem jedną z dziewczyn, które nawet lubią spódnice, ale niezbyt często je noszą, bo wciąż mają wrażenie, że w spodniach wyglądają lepiej, przestałam myśleć o tym, jak grubo muszę wyglądać w spodniach narciarskich, piłam kawę z syropem truskawkowym, a kilka dni później też z cynamonowym, kupiłam kilka książek bez uprzedniego planowania, nauczyłam się śmielej rozmawiać z dorosłymi, odsunęłam się od internetu i zatopiłam w książkach - ale nie na zbyt długo, nie miałam aż tyle czasu, uśmiechałam się coraz więcej, zaczęłam jeść pizzę bez dodatków, skonsumowałam też pizzę z nutellą i, dacie wiarę?, była bajeczna, podszkoliłam się w jeździe na łyżwach, którą zaczęłam całkiem niedawno, nauczyłam się jeździć tyłem i wyprzedzać innych w jeździe przodem, powróciłam do muzyki, która kilka lat temu była moją ulubioną, ale potem o niej zapomniałam i zaczęłam znów słuchać Perfektu, dodatkowo nauczyłam się kilku ich piosenek na pamięć, napisałam filozoficzne wypracowanie na dodatkowe zajęcia humanistyczne, napisałam dwa wiersze, które całkiem mi się podobają, powróciłam do czytania poezji i odkryłam, że uwielbiam Herberta i Osiecką, tańczyłam dużo i gwałtownie, a jednocześnie z gracją, śpiewałam Autobiografię na cały głos trzy razy pod rząd, czytałam blogi lifestylowe i poczułam się wolna i pełna motywacji, oglądnęłam Złodziejkę książek i płakałam potem niemalże godzinę (wspomnę tylko, że nie oglądam telewizji, a na filmy chodzę do kina i w zasadzie to nawet teledysków nie widziałam już od dłuższego czasu, więc jako film oglądnięty po dłuższej przerwie Złodziejka spisała się znakomicie), skakałam na pontonie na materac z całkiem pokaźnej wysokości i znowu poczułam się wolna (zanim niemalże nabiłam sobie guza na policzku), przykładałam lód do twarzy (żadne romantyczne doznanie, to wciąż ten guz) i ukradkiem lizałam ten kawałek lodu, przeczytałam trzy poważne książki, z czego jedna zmieniła mój pogląd na samobójstwo, natychmiast po feriach udałam się do biblioteki i wypożyczyłam znów trzy poważne książki, zaczęłam myśleć naprawdę i filozofować, a przy okazji wcielać się w ciała innych ludzi - przynajmniej próbowałam i przyznam, że było to bardzo ciekawe doświadczenie, myślałam stanowczo za dużo, jaki smak mogą mieć usta chłopaka, do którego ostatnio uciekają moje myśli, byłam niewiarygodnie i niepoprawnie szczęśliwa, był taki dzień, kiedy mówiłam szybko, bez ładu i składu i czułam się wspaniale, przytulałam ludzi często i długo, ani razu nie zerknęłam w wyświetlacz telefonu, wymyśliłam niestworzoną historię i myślałam o imionach i ich znaczeniu, miałam piękne sny. Byłam bardziej optymistyczna niż kiedykolwiek wcześniej.

I pomyślałam, czy nie przekształcić bloga w bardziej pozytywnego i lifestylowego. Albo bardziej prywatnego i poradniczego. Albo przemyśleniowego i filozoficznego. To jeszcze luźne koncepcje, które powoli dojrzewają w mojej głowie, mam nadzieję, że kwiaty, które z nich wyrosną, będą pięknę.

sobota, 1 marca 2014

Promocja na wojenne bohaterstwo

Edytuj post 2 komentarze
Nie pisałam długo i jest mi z tego powodu niewymownie przykro, ale cóż, bywa. Wracam z porcją ogłoszeń - po pierwsze, na blogu będę publikować też wpisy egzystencjonalne i filozoficzne, a przynajmniej planuję. I nieco bardziej osobiste. Po drugie, dziś post dotykający wojny, ale też bohaterstwa. W zasadzie głównie bohaterstwa. I uwierzycie, Word podkreśla mi nazwisko Putina! Po krótkiej promocji (no bo hej, kto nie zacznie czytać, jak zobaczy wojnę i Putina) dodam tylko, że mam nadzieję, że po takiej długiej przerwie wypadnę nie najgorzej. I na koniec, po trzecie - znalazłam nowy szablon i ma nieco bardziej czytelną czcionkę niż poprzedni, a przy okazji jest śliczny. Może Wam się spodoba :)

Temat: Bohaterstwo, małe wielkie czyny
Liczba wyrazów: 584
Data powstania: 01.03.2013

Dzisiaj wojna wydaje mi się nierzeczywista, nieprawdziwa, niemożliwa do wybuchnięcia. Bo to, że wojska rosyjskie (znaczy się, rosyjskie na 90%, ale zakładam, że inne państwa nie miałyby interesu w wysłaniu żołnierzy na Ukrainę - przynajmniej nie przed Rosją) wkraczają do innego kraju jako pełnoprawne siły zbrojne, przecież jeszcze nic nie znaczy, przecież jeszcze nic się nie stało, a nuż Putin zmieni decyzję i postanowi odwołać żołnierzy, a tak w ogóle, to co Ukraina z nami, z Polską ma wspólnego, jest może niedaleko, ale to jeszcze nic nie znaczy. Nie wiem, co myśleć o wojnie. Cóż, pewnie będzie, wybuchnie i zmiecie nas wszystkich z powierzchni ziemi - ale co ma zrobić nam? I reszcie świata? Zastanawiam się, dlaczego my mielibyśmy zostać wciągnięci w to bagno (koloru moro i krwi), prycham pogardliwie i myślę, że przecież ileś tam lat temu, kiedy wybuchała II Wojna Światowa, ludzie też mogli myśleć, że ich to nie dotyczy. Że to nie ich sprawa, nie ich interes i tak w ogóle to z jakiego powodu ktoś (na przykład jakiś szaleniec, ale to rzecz do dyskusji - hej, podobno wszyscy jesteśmy szaleńcami!) miałby na nich napaść? Nie boję się, bo to wciąż niemożliwe i mój umysł wciąż nie przyjmuje wojny do wiadomości, ale jestem przerażona ewentualną bezradnością.

I to o tym, o bezradności będzie dzisiejszy post, nie o walkach dzisiaj i nie o Ukrainie - to tylko nieco zbyt przydługi wstęp, nic więcej.

Jesteśmy bezradni, nietrudno (przynajmniej mi) to przyznać. Nie decydujemy o losach świata, nie sterujemy życiem milionów ludzi - cóż, przynajmniej większość z nas. Ale czy ta bezradność jest rzeczywista? Prawdziwa? Czy naprawdę nic nie możemy zrobić?

Łatwo dojść do prostego wniosku, że jednak możemy. Jasne, nie odwołamy wojsk (nie no, miałam nie mówić o wojskach, ale wciąż cisną mi się na usta - to jest, palce - wybaczcie). Jasne, nie będziemy niczym sterować. Ale jasne, nie jesteśmy przytłaczająco i straszliwie bezradni. Tylko odrobinkę. Ciut.

Bohaterzy są bohaterami tylko dlatego, że ktoś o nich wie - proste. Jakimś dziwnym, niewyjaśnionym trafem nikt nie mówi o dziewczynie, która podała mikrofon dowódcy opozycji (nie szukajcie przykładów w historii, to autorski przykład) albo o chłopaku, który uśmiechem dodał komuś pewności siebie i sprawił, że ten zaczął przemawiać i porwał za sobą tłumy. A przecież takie małe, niby nic nie znaczące czyny też są ważne. To one odrywają od nas bezradność, tą przeklętą bezradność.

Jesteśmy ważni. Ważni w ten piękny sposób, który tylko my możemy zauważyć. Nikt nie pamięta o małych czynach, ale wszyscy mówią o wielkich. No dobrze, ale dlaczego? Dlaczego to nie ja jestem bohaterką, tylko mężczyzna z miodowymi oczami z bloku naprzeciwko?

Filozofować nie będę, bo to przecież nie takie trudne. To tylko rozczarowujące. Ludzie potrzebują przywódców, potrzebują motywacji, potrzebują bohaterów. To zwyczajna chęć posiadania herosów, nic więcej. Nie każdy może być ważny, bo wtedy nikt nie byłby naprawdę znaczący.

(Naprawdę, robię za długie wstępy, a przecież dążę tylko do jednej małej rzeczy praktycznie wcale nie związanej z pierwszym akapitem, może też drugim i ewentualnie trzecim. Nieważne.)

Nie wierzysz w siebie? Uważasz, że jesteś bezradny? Nie jesteś. Jesteś motywatorem, kroplą w czarze, możesz być znaczący i odegrać o wiele większą rolę niż mógłbyś marzyć. Jesteś kimś. Nie takim kimś jak Kamil Stoch albo Władimir Putin (patrzcie, jedno nazwisko spoza konfliktu zbrojnego!), ale jesteś kimś więcej - możesz być kimś więcej.

Więc uwierz w siebie i zostań bohaterem. Nawet tylko dla jednej osoby - nawet tylko dla siebie.

Aż dla siebie.


I pamiętaj, każde czyny się liczą. Szczególnie ważne są te małe.

czwartek, 17 października 2013

Odmienność dusz marionetek

Edytuj post 4 komentarze
Główny bohater: Ja (człowiek)
Bohater poboczny: Aleks
Liczba wyrazów: 300
Data powstania: 15.10.2013

Z moich ust wychodzą wyrazy, których wcale nie chce powiedzieć, a moje ciało wykonuje nienaturalne, niezaplanowane ruchy. Postanawiam, że nigdy więcej nie powiem czegoś, czego nie będę pewna i nie zadziałam bez uprzedniego myślenia.

Następnego dnia robię to samo, co wcześniej.

Nie mam słów, Aleks. To, co mówię, nacechowuje mnie w oczach innych, ale nie oddaje mojego charakteru. Mógłbyś powiedzieć, że to forma obrony, może przed odrzuceniem, a ja raczej bym nie zaprzeczyła. Nie chcę, by inni myśleli o mnie źle, nie chcę odstawać i dlatego się zmieniam. Przyjmuję z góry narzucone formy, mówiące o tym, jak się zachowywać, aby być poważanym i lubianym, a jednocześnie pozbywam się mojego ja, mojej osobowości, zmienia się moja dusza. Za kilka lat moje zachowanie pewnie będzie już naturalne, ale ja będę pusta.

Doszłam do wniosku, że wiele - chciałam napisać wszystkie, ale to już przesada - czynności, które wykonujemy - albo po prostu wykonuję, nie wiem, jak naprawdę zachowują się inni ludzie - ma na celu: wzbudzić zazdrość, połechtać próżność, sprawić, że czujemy się lepiej, bo reszta patrzy na nas łaskawszym okiem. Ruszamy się, mówimy pod publikę. Jak marionetki na scenie, co prawda te stojące bardziej z tyłu i ledwo widoczne, ale zawsze marionetki. Lalki, których ruchy są wystudiowane, sterowane. Lalki, które, jeśli mają własne zdanie, zostają przywrócone do porządku. Właśnie tak, do porządku, aby nie były intrygujące, dziwne i po prostu odmienne, bo odmienność jest zła i tyle.

W głębi duszy jestem odmienna, ale w głębi duszy odmienny jest każdy. Chodzi o to, jak się zaprezentuje w towarzystwie. To do tego wszystko się sprowadza. Wszystkie czyny, słowa, nawet myśli, bo - a nuż - się je wypowie.

To jest o mnie, a jednocześnie nie jest. Czasem się czuję właśnie tak, jak w tekście - jak lalka. Tylko czasem, naprawdę rzadko. Ale jednak.
Credits crazykira-resources | LeMex ShedYourSkin | ferretmalfoy masterjinn | colourlovers FallingIntoCreation